Od dawna wiedziałam, że ten dzień będzie genialny. Ślub w plenerze, w starym młynie, w samym środku lasu. Z resztą, nie mogło być inaczej. Zuzia i Kuba to ludzie, którzy wiedzą czego chcą od życia. Mają swoje pasje, swoje marzenia, mają siebie nawzajem i tego się trzymają. Nastawiałam się na mnóstwo piękna, ale gdybyście widzieli moją minę, gdy rano podjechałam pod Gościniec pod Zającem…

      Kiedy już wzięłam głęboki wdech, wyszedł po mnie Kuba. Spokojny i pełen luzu. Luz to słowo, które tego dnia było motywem przewodnim. Miał go dosłownie każdy. Młodzi, goście, yorki, obsługa… i dzięki temu można było dosłownie płynąć przez kolejne wydarzenia. Zuzia malowała się sama. Dostała na Wieczorze Panieńskim prezent – kurs makijażu. Genialny pomysł! W bielonym wapnem apartamencie z elementami drewna i cegły, w towarzystwie muzyki Akurat ubierali się razem, bez zbędnych ceremoniałów. Po swojemu.

      Ślub plenerowy obsypany słonecznikami był tak naturalny, jakby Zuzia i Kuba brali go po raz setny. W ciepłym powietrzu, tuż nad wodą, czuć było nieopisany spokój. Po przysiędze, kiedy wszystkie podpisy, obrzędy i przemowy się skończyły, wiolonczelista i skrzypaczka zagrali utwór z filmu A Star Is Born. Wszyscy, dosłownie wszyscy poczuli dreszcze. Wylały się łzy wzruszenia. Zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i rodziny ruszyły w stronę restauracji.

      W Gościńcu jedzenie jest bezbłędne. Nad wielkimi talerzami goście zaczęli rozmawiać, żartować. Później ruszyli na spokojne przechadzki wokół jeziora, na oglądanie z bliska gęsi i lasów. Śmiali się, ściskali, chłonęli chwilę. Nie było muzyki, wodzireja, nikt nie zapraszał na parkiet, nie było parkietu. Była natura, młyn, Zuzia, Kuba i ich bliscy. Tylko tyle i aż tyle. Świat się zatrzymał na te kilka godzin. A kiedy już goście się rozjechali, złapaliśmy na zdjęciach ostatnie promienie słońca i wesele dobiegło końca. A Oni poszli najzwyczajniej w świecie ze świadkami pić wino nad jeziorem.

      SHARE